The Legend of Zelda: Majora's Mask

  Oprócz pierwszej części Zeldy wydanej na Nintendo 64, w moich zbiorach nie mogło zabraknąć jej  kontynuacji. Niestety posiadam tylko kardrige, ale może niedługo zdecyduję się na zakup pełnej pudełkowej wersji. Jest to wydatek blisko 400zł , ale uważam że dla tej gry warto :) Do tego czasu dla zrekompensowania sobie tego mogę powiedzieć, że kardrige z grą Majora's Mask nabyłem za wyjątkowo okazyjną cenę 40 zł.


     Jeśli chodzi o samą grę to zawsze sceptycznie podchodziłem do tej wersji Zeldy. Moje pierwsze podejście na emulatorze skończyło się zniechęceniem, bo gra ciągle się zawieszała. Gdy komputer został ulepszony rok temu, to powróciłem do tego tytułu i przeszedłem w całości na emulatorze. Na PC gdzie jakość obrazu obnaża słabą jak na dzisiejsze czasy grafikę, to byłem zniesmaczony otoczeniem wokół zamku i taką pustką. Odniosłem wrażenie, że grę zrobiono na szybko... ale za to wersja na PC ma jeden plus - jest w polskiej wersji językowej.

    Jednakże po uruchomieniu gry na konsoli wrażenia są zgoła odmienne. I mimo że technicznie obraz jest gorszy to jakość grafiki zyskuje. Kolory są ciepłe i nie łamią się tekstury. Ogólnie widać znaczącą przewagę wersji oryginalnej nad emulatorem.

    Po kilku godzinach gry moje wrażenie jest dwuznaczne. Przede wszystkim z powodu uczucia deja vi, ponieważ znowu spotykamy Goronów, odwiedzamy kryjówkę Gerudo i ludzi wody. Znowu zdobywamy Epone na ranczu i zbieramy Skulltule. Trochę świeżości wnosi rasa leśna o której niewiele było w części pierwszej. Ale zaraz, czego ja się czepiam, przecież to bezpośrednia kontynuacja przygód z Ocarina of Time. Tak, ale momentami odnosi sie wrażenie że układ rozgrywki jest zbyt mocno wzorowany na pierwszej części. Ale w ogólnym rozrachunku nie stanowi to aż tak dużego problemu w ujęciu całej gry.

    Po zakończeniu grania i przystępując do pisania tego tekstu, zastanawiałem się czy nie powinienem odswieżyć sobie Ocarine of Time. Ale stwierdziłem, że nie, bo obie gry to wiele godzin grania i zwyczajnie przesycenie tematem nie byłoby korzystne. Poza tym, dochodzę do wniosku, że nie potrzebnie wszyscy starają się oceniać Majoras Mask w porównaniu do Ocarina of Time. Bo wiadomo, że jak będzie zbyt podobna do pierwszej części to powiedzą, że autorzy odcinają kupony, a jak zbyt odmienna to nie spodoba się graczom. Patrząc jak dalece różne są kolejne części Zeldy od siebie wydawane na Gamecube i Wii, to uważam że to świetne rozwiązanie. Gameplay i styl zabawy pozostaje ten sam, ale cała reszta się zmienia, wnosząc do serii świeżość. I chyba właśnie z tego powodu Majoras Mask jest tak różnie przyjmowany, bo jest zbyt podobny do Ocarina of Time. Sam też chciałbym, żeby Majoras Mask był na tym samym silniku co Ocarina of Time, ale nie sprawiał wrażenia, że gramy tylko w bardziej mroczniejszą jej wersję.

    Do istotnych różnic można zaliczyć tło fabularne. W Ocarina of Time cały czas fabuła posuwa się do przodu, a Navi przypomina nam o kolejnych zadaniach do wykonania. W Majoras Mask fabuła jest na początku i na końcu. Bo gdy już dowiemy się że mamy zebrać maski i uratować świat przed spadającym księżycem, to akcja przebiega w schemacie nauczenie się pieśni, dungeon, zdobycie maski i powrót do pierwszego dnia. Nic nie zmienia się w fabule (bo i jakby mogło?). Za to sporo dzieje się fabularnie w obrębie tych 3 dni gdy poznajemy historie i perypetie napotykanych postaci.

    Ale koniec narzekania, bo w sumie poza tym że obie części są do siebie podobne, to Majoras Mask jest bardzo dobrą Zeldą z unikalnym nie tylko w porównaniu do Ocarina of Time, ale całej serii, a także z wieloma ciekawymi rozwiązaniami. 

    Bardzo ciekawym elementem Majoras Mask, a zarazem rozwinięciem z Ocarina of Time, jest pomysł z maskami. Można je podzielić na te niezbędne do ukończenia gry i te mniej potrzebne. Cześć z nich będzie ułatwiała nam życie, jak maska wróżek czy kamienna maska zapewniająca niewidzialność. Inne będą tylko dodatkiem do nieobowiązkowych questów. 

    Najważniejsze jednak dla całej gry i posuwające całą fabułę do przodu są 3  maski, dzięki którym zmieniamy swoją postać. I tak zamienić się można w leśnego skrzata deku, legendarnego wojownika Goronów i gwiazdę muzycznej estrady w świecie Zorów. Każda z przybranych postaci ma swoje unikatowe umiejętności, inaczej się porusza i faktycznie czuje się ze gramy jako ociężały i wielki Goron, a nie mały i drobny chłopiec z mieczem. Zmieniając się w Zore dorośleje nasza postać, dalej skacze i może wspinać się tam gdzie mały Link nie sięga.

    Miłe jest to że gdy pójdziemy do sprzedawcy masek i założymy jedną z nich to powie nam coś o niej ciekawego. Czasami odnosiłem  wrażenie, że gdyby autorzy mieli więcej czasu to w grze zdecydowanie bardziej poszerzono by system masek. Bo kryje się w nich naprawdę spory potencjał.

    Przechodząc do tego co najbardziej lubię w Zeldach to dungeony. A te są rewelacyjne zaprojektowane. Co by nie porównywać i narzekać to dungeony pokazują, że to świetna Zelda. Umiejętnie w nich wykorzystano możliwość transformacji przy użyciu masek i nie jest to tylko w formie dodatku, ale stanowi główny trzon gry. I tak w jednym dungeonie będzie trzeba przemieniać się zarówno w Deku, Gorona jak i grać pod postacią Linka. Muszę przyznać, że gdy pierwszy raz czytałem o Majoras Mask i dowiedziałem się, że przez sporą cześć gry kieruje się postacią inna niż Link, to omal nie straciłem zainteresowania. No bo jak to grać Zorą zamiast Linkiem? Ale w praktyce świetnie się to sprawdza, a gra na tym tylko zyskuje. Zwłaszcza, że autorzy bardzo umiejętnie wpletli kożystanie z dodatkowych umiejętności jakie dają nam maski. I prawie nie zauważa się, że 3/4 misji gramy nie jako Link.

    Pierwszy dungeon do którego zawitamy to wyrastająca z bagien świątynia Deku. Tej najbliżej do klimatów z Ocarina of Time. Ale już w tej widać potencjał jaki niesie ze sobą możliwość używania masek. Następnie odwiedzamy Gorony. I tu już zaczyna robić się ciekawiej, bo trzeba ząglować dwiema maskami. I chwali się to, że autorzy nie ograniczają się do wykorzystania monotonnie jednej maski w jednym dungeonie. Owszem w każdym dungeonue położony jest duży nacisk na jedną z masek, ale przeplata się z potrzebą stosowania także pozostałych.

    O ile świątynia Deku i Goronow to klasyka z Ocarina of Time, tak świątynia wody kryje w sobie sporo innowacyjnych rozwiązań, jak zamrażanie tafli wody, żeby po niej przejść, czy zamrażanie wodospadów. Jedna z trudniejszych lokacji, ale i bardzo ciekawa. Dużo przyjemności sprawia rozwiązywanie zagadek i szukanie co przełączyć, żeby otworzyć kolejne przejście. Ostatnia świątynia w krainie Ikany stanowi sedno gry w Majoras Mask. Mnóstwo łamigłówek, przesuwania bloków, przycisków itp. Oczywiście nie zabrakło łamigłówek z wykorzystaniem świetlnej tarczy, rozmrażania lodu ognistymi strzałami i żąglowania maskami, których wykorzystywanie dobrze z balansowano. Do nowych i ciekawych pomysłów można zaliczyć pieśń Eligle dzięki, której utworzyć możemy swojego sobowtóra.

    Bardzo podobały mi się jaskinie ze Skultulami do zebrania. Takie subquesty, które nie odgrywają dużej roli w głównej grze, ale sprawiły mi sporo przyjemności.

    Poruszanie się postacią pozostało takie jak znamy z Ocarina of Time, gdzie wrogów namierzamy dzięki wróżce. Zmodyfikowano nieznacznie pewne ruchy uwzględniając fakt, że Link po przygodach w Ocarina of Time trochę wydoroślał. I tak nasz bohater wykonuje bardziej akrobatyczne skoki i osłania się tarczą trzymając ją przed sobą, a nie jak poprzednio, chowając się pod nią. Umożliwia to dynamiczną walkę z osłoną i atakiem.

    To czego mi brakuje to porządnego wplecionego w fabułę questu z Eponą. Bo tutaj posłuży nam jedynie do przeskoczenia ogrodzenia i na dobrą sprawę możemy o niej zapomnieć. A szkoda...

    Samą grę można względnie szybko przejść trzymając się obowiązkowych questów. Gdy jednak będziemy chcieli oderwać się od głównego wątku i zająć się rozwiązywaniem subquestów to Majoras Mask oferuje ich naprawdę sporo. Co istotnie wydłuża czas zabawy, a i same poboczne zadania skutecznie będą nas odciągać od właściwej gry. Dodatkowo ludzie w mieście żyją swoim rozkładem dnia co wykorzystano przy układaniu wielu licznych zadań dla naszego bohatera. Oddzielną kwestią są minigierki, których jest równie dużo. W samym mieście są na każdym kroku. A w trakcie przygody natrafimy na kolejne. Ale To chyba temat na oddzielny wpis....

    Warto zaznaczyć tylko, że kolejność wstępu do poszczególnych lokacji jest ściśle określona i nie ma możliwości zacząć od świątyni wody.... jesteśmy prowadzeni jak po sznurku, ale mnie to nie przeszkadza. Bo mimo, że nie mamy wpływu na podejmowane przez bohatera decyzje to historie i spotykane postacie są barwne i ciekawe. Poza tym to Zelda, tutaj główną rolę odgrywają dungeony, a później fabuła. Przynajmniej dla mnie ważna jest taka kolejność.

    Podsumowując to Zelda Majoras Mask początkowo wywołała u mnie dwojakie odczucia. Trochę elementów zaczerpniętych z  Ocarina of Time, ten sam silnik graficzny, ale jednak to zupełnie nowa historia i w dodatku bardzo oryginalna. Jest zupełnie inna od Ocarina of Time, ale równie dobra. 

@ Valoo Smok



P.S. Jakiś czas temu została także wydana wersja na 3DS. Poprawiono grafikę, a w sieci i na YouTube można znaleźć materiały które przedstawiają porównanie remaku z oryginałem.

P.S. Chyba jedyny poradnik przejścia Majoras Mask jaki znalazłem w języku polskim.

http://zelda.com.pl/majoras-mask,c11.html

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Banjo Kazooie

Doctor V64

Nintendo Switch - Yooka Laylee